Kiedy mamy siebie - mamy wszystko.
Do napisania tego tekstu zainspirował mnie Dzień Kochania Siebie. Taki trochę alternatywny wobec walentynek - dnia zakochanych. Bo kochanie siebie nie zawsze ma w sobie różowe serduszka. Czasem ma ciszę. Czasem ma stratę. Czasem ma moment, w którym przestajesz walczyć. Najbardziej zaczęłam uczyć się kochać siebie wtedy, gdy przestałam walczyć o miejsca, w których musiałam udowadniać swoją wartość. To nie było spektakularne. Nie było afirmacyjne. Nie było nawet wzniosłe. To było ciche „dość”.
Gdy przestajesz zasługiwać
W podejściu humanistycznym, szczególnie u Carla Rogersa, mówi się o czymś, co nazywa się warunkami wartości. To momenty, w których uczymy się, że:
– jesteśmy wystarczający tylko wtedy, gdy…
– zasługujemy na bliskość tylko jeśli…
– możemy być kochani pod warunkiem, że…
Z czasem zaczynamy budować obraz siebie nie na tym, kim jesteśmy, ale na tym, kim „powinniśmy” być, żeby nie stracić relacji. Rogers nazywał to rozbieżnością między self realnym a self idealnym. Im większa ta rozbieżność, tym większe napięcie. I czasem kochanie siebie zaczyna się właśnie w miejscu, w którym przestajesz dopasowywać się do czyjegoś „powinnaś”.
Gdy przestajesz się naprawiać
Przez długi czas myślałam, że kochanie siebie to praca nad sobą. Lepsza wersja. Mądrzejsza. Bardziej odporna. Dopiero później zaczęłam rozumieć, że w humanistycznym ujęciu rozwój nie polega na poprawianiu siebie. Polega na przyjęciu siebie. Bez warunku. Bez projektu naprawczego. Rogers mówił o bezwarunkowej akceptacji - takiej, która nie oznacza zgody na wszystko, ale oznacza zgodę na istnienie. I to było dla mnie przełomowe. Nie muszę być spokojniejsza, silniejsza, bardziej poukładana, żeby zasługiwać na własną czułość.
Gdy przestajesz walczyć o bycie wybraną
Jednym z najbardziej bolesnych momentów było uświadomienie sobie, jak bardzo chciałam być wybrana. Wybrana przez miejsce. Wybrana przez ludzi. Wybrana przez relację. A przecież - jeśli muszę walczyć o bycie wybraną - to już nie jest relacja oparta na wolności. Kochanie siebie zaczęło się dla mnie w chwili, gdy pozwoliłam komuś nie wybrać mnie. I nie uznałam tego za dowód mojej niewystarczalności. To nie znaczy, że nie bolało. To znaczy, że przestałam robić z tego wyrok na siebie.
Kochanie siebie w ujęciu humanistycznym
W podejściu humanistyczno-doświadczeniowym człowiek z natury zmierza ku wzrostowi. Nie dlatego, że jest doskonały. Ale dlatego, że ma w sobie wewnętrzną tendencję aktualizującą - dążenie do spójności, do życia w zgodzie ze sobą. Problem zaczyna się wtedy, gdy uczymy się, że nasza wartość zależy od spełniania cudzych oczekiwań.
Kochanie siebie to powrót do wewnętrznego kompasu. To moment, w którym pytasz:
– czy to jest w zgodzie ze mną?
– czy ja w tym jestem sobą?
– czy ja tutaj oddycham swobodnie?
I czasem odpowiedź brzmi: nie. A kochanie siebie polega na tym, że nie ignorujesz tej odpowiedzi.
Może to też o Tobie
Może kochanie siebie nie zaczyna się od afirmacji. Może zaczyna się od decyzji, że nie będziesz już chodzić w miejsca, które wymagają od Ciebie kurczenia się. Może zaczyna się od zgody na to, że nie każda relacja musi być uratowana. Nie każda walka musi być stoczona. Nie każda przestrzeń musi Cię przyjąć. Może zaczyna się od pytania: „Czy ja jestem dla siebie bezpiecznym miejscem?”
Bo w ujęciu humanistycznym rozwój dzieje się tam, gdzie jest bezpieczeństwo. A bezpieczeństwo zaczyna się od akceptacji. Nie idealnej. Nie pełnej. Nie doskonałej.
Wystarczającej.