Najpierw uwierz. O przemocy seksualnej i sile prostego przyjęcia.
Przemoc seksualna wobec kobiet. O uznaniu, które leczy.
Są takie doświadczenia, które zostają w ciele dłużej niż w słowach. Przemoc seksualna jest jednym z nich. Nie zawsze zostawia widoczne ślady. Częściej zostawia napięcie, wstyd, zamrożenie, poczucie winy, dezorientację. I pytania - zadawane przez innych, ale jeszcze częściej przez samą siebie.
„Dlaczego tam byłam?”
„Dlaczego nie zareagowałam inaczej?”
„Czy to na pewno było wystarczająco „poważne”, żeby o tym mówić?”
Najbardziej ranią nie same fakty. Rani sposób reagowania.
W pracy terapeutycznej, ale też w rozmowach prywatnych, widzę jedno bardzo wyraźnie: to nie tylko sama przemoc jest traumatyczna. Traumatyczne bywa również to, co dzieje się później. Pytania, które miały „pomóc”, a podważają. Komentarze, które miały „zrozumieć”, a unieważniają. Milczenie, które mówi: „To za trudne, nie chcę tego słyszeć.” A przecież osoba po przemocy nie potrzebuje śledztwa. Nie potrzebuje analizy zachowań. Nie potrzebuje ocen ani sugestii, co „powinna była”. Potrzebuje jednego: uznania krzywdy.
„Wierzę Ci. To, co się wydarzyło, było przemocą.”
To są zdania, które regulują układ nerwowy. Które przywracają grunt pod nogami. Które pozwalają ciału przestać się bronić.
W polskim systemie prawnym wciąż zbyt często ciężar dowodu i odpowiedzialności spoczywa na osobie, która doświadczyła przemocy. W praktyce oznacza to konieczność wielokrotnego opowiadania swojej historii, konfrontowania się z wątpliwościami, pytaniami, czasem jawnym podważaniem. Bo nie mieścimy się w schemacie idealnej ofiary, bo ciągle wyznacznikiem oceny gwałtu jest to, czy powiedziałyśmy ,,nie", a nie to, czy sprawca usłyszał ,,tak", bo kontakt ze sprawcą unieważnia doznaną krzywdę, bo sprawca ponad wszelką wątpliwość nie mógł wiedzieć...
Polskie prawo nadal nie nadąża za wiedzą psychologiczną i wiedzą o traumie. Choć w ostatnich latach toczy się ważna dyskusja o zmianach definicji gwałtu na taką, która opiera się na braku świadomej i dobrowolnej zgody, uwzględniając przy tym, biologiczne reakcje ciała w chwili zagrożenia oraz schemat przemocy i wiedzę o traumatycznej więzi, w praktyce wiele kobiet nadal doświadcza wtórnej wiktymizacji - w trakcie zgłaszania, przesłuchań czy postępowań.
To dlatego tak wiele kobiet nigdy nie zgłasza przemocy. Nie dlatego, że „to nie było wystarczająco poważne”. Tylko dlatego, że koszt psychiczny bywa zbyt wysoki. Dlatego tak ważne jest to, co dzieje się poza salą sądową. W gabinetach. W domach. W relacjach.
Terapia po przemocy to nie „naprawianie”.
To nie jest proces, w którym „coś z Tobą było nie tak”. To proces, w którym ciało i psychika zrobiły wszystko, żeby przetrwać. Zamrożenie, brak reakcji, uległość, odcięcie - to nie są oznaki słabości. To nie jest zgoda. To są strategie przetrwania.
W terapii najważniejsze nie jest dociekanie dlaczego. Najważniejsze jest bycie przy tym, co jest - z uważnością, czułością i szacunkiem do granic.
Czasem praca polega na mówieniu. Czasem na milczeniu. Często na powolnym odzyskiwaniu kontaktu z ciałem, które przez długi czas było miejscem zagrożenia, a nie bezpieczeństwa.
Jak nie ranić pytaniami?
Jeśli chcesz być wsparciem dla osoby po przemocy seksualnej:
Pomaga:
- „Wierzę Ci.”
- „To, co opisujesz, było przemocą.”
- „Nie jesteś winna.”
- „Jestem tu, jeśli chcesz mówić - albo jeśli nie chcesz.”
Rani:
- „Dlaczego nie…”
- „A może on nie chciał…”
- „Czy na pewno…”
- „Ja na Twoim miejscu…”
- ,,Dlaczego go wpuściłaś..."
Pytania te choć brzmią ,,logicznie", w rzeczywistości przenoszą odpowiedzialność na osobę skrzywdzoną, podważają jej doświadczenie, sugerują, że mogła zapobiec przemocy. A prawda jest taka, że przemoc zawsze jest odpowiedzialnością sprawcy.
Czasem najlepszym wsparciem jest nie wiedzieć lepiej. Nie przyspieszać. Nie naprawiać. Jeśli nie wiesz, co powiedzieć - to w porządku. Jeśli boisz się, że powiesz coś nie tak - to też w porządku. Najważniejsze, żeby nie dokładać bólu tam, gdzie już go było wystarczająco dużo. Obecność, cisza i spokojne ,,jestem" bywają bardziej terapeutyczne niż najlepsze słowa.
Na koniec - bardzo ważne
Piszę ten tekst nie dlatego, że „już mam to za sobą”. Piszę, bo to wciąż żywe. Bo wciąż spotykam kobiety, które noszą to same. Bo brakuje miejsc, w których można powiedzieć: ,,Nie radzę sobie z tym. To wciąż wraca, wciąż mnie rozdziera. Chcę żyć normalnie." i zostać przyjętą. Ten tekst jest właśnie takim miejscem.
Jeśli to, co czytasz, porusza coś w Tobie - nie jesteś „zbyt wrażliwa”. Nie jesteś „za bardzo”. Jesteś w kontakcie z czymś prawdziwym. I to wystarczy, żeby zrobić pierwszy krok: nie być z tym sama.